Rejs
Dzień 1 – pierwsze spotkanie z Pogorią
O 15:00 wsiedliśmy do autokaru i ruszyliśmy w długą drogę do Genui. Po wielu godzinach jazdy naszym oczom w końcu ukazała się ona – STS Pogoria, nasz dom na najbliższe dni. Pierwsze zadanie było bardzo przyziemne: wniesienie całego jedzenia i bagaży na pokład, więc od razu poczuliśmy, że na tym rejsie nikt nie będzie się nudził. Potem zapoznaliśmy się ze statkiem, zostaliśmy podzieleni na wachty i każdy zabrał się do swoich obowiązków – tak minął nam pierwszy dzień, pełen wrażeń i ekscytacji przed tym, co dopiero przed nami.
Dzień 2 – chrzest falami
Drugiego dnia wypłynęliśmy na morze w stronę Korsyki. Dość szybko okazało się, że fale mają wobec nas własne plany – mocno bujało, więc wielu z nas zmierzyło się z „urokami” choroby morskiej. Jedni znosili to lepiej, inni gorzej, ale wszyscy dzielnie trwali na pozycjach i uczyli się funkcjonować na kołyszącym się pokładzie. Pogoda nie rozpieszczała: silny wiatr i mało zachęcające niebo sprawiły, że posiłki odbywały się w mocno okrojonym składzie. Za to zyskaliśmy coś innego – pierwsze prawdziwe doświadczenie żeglarskie.
Dzień 3 – ulga na Korsyce
Po południu dopłynęliśmy wreszcie do Korsyki, a na pokładzie rozległ się alarm manewrowy – czas zacumować naszą Pogorię. Manewry przy kei szybko przywróciły wszystkim energię, a wraz z pierwszym spokojnym lądem uśmiechy zaczęły wracać na twarze. Po krótkim apelu i solidnym sprzątaniu statku mogliśmy wyjść na miasto, pozwiedzać okolicę i nacieszyć się tym, że ziemia… się nie buja. Oczywiście na ląd zeszli tylko ci, którzy akurat nie mieli wachty. Dzień zakończył się cudownie – wszyscy „ozdrowieli”, a humory wróciły na właściwy kurs.
Dzień 4
Czwarty dzień zaczęliśmy spokojnie – od śniadania, a potem od krótkiego apelu przy banderze. Później mieliśmy chwilę na spacer po miasteczku i ogarnięcie statku, żeby Pogoria znów prezentowała się jak należy. O 12:00 ruszamy dalej, w stronę Monako i Lazurowego Wybrzeża – przed nami kolejny etap przygody, nowe wachty, nowe obowiązki i, mamy nadzieję, trochę lepsza pogoda.



































Dzień 5
Dzień piąty zaczął się… w środku nocy, kiedy w samym centrum ulewy musieliśmy zwinąć żagle – mokre sztormiaki, śliska pokładówka i trudne wachty nawigacyjne dały wszystkim mocno w kość, ale każdy stanął na wysokości zadania. Po południu czekała nas kolejna dawka adrenaliny: starcie z katamaranem, który pędził prosto na nas, jednak dzięki szybkiej reakcji wachty i oficerów wyszliśmy z tej sytuacji cało. Pod wieczór zakotwiczyliśmy przy Antibes, a po tak intensywnym dniu kołysanie na kotwicy było najlepszym zakończeniem – morze wciąż było wymagające, ale my już zdecydowanie bardziej oswojeni.
Dzień 6
Szósty dzień przyniósł wreszcie spokój – wachty kotwiczne i gospodarcze szły swoim rytmem, bez żadnych większych wyzwań czy sztormowych niespodzianek. Po obiedzie popłynęliśmy pontonem z bosmanem do miasta: zwiedzanie starego miasta, spacery po plażach i chwila relaksu na lądzie. Wieczór minął bardzo spokojnie, w kołysaniu na kotwicy, już bez ekstremalnych akcji, za to z poczuciem, że ten morski rytm stał się dla nas czymś naturalnym.



















